Kuzynka zapytała mnie ostatnio:
„Jak przetrwać z nastolatkiem?”
Uśmiechnęłam się i odpowiedziałam krótko i pół żartem, pół serio: wytrzymać.
Ale zaraz dopytałam, co tak naprawdę kryje się w tym jej „przetrwać”.
I wtedy usłyszałam coś znacznie głębszego:
„W sensie niedosłownym… bardziej wiesz…
że wszystko się zmienia. Że rodzice idą na dalszy plan.”
Pomyślałam wtedy, że dorastanie to nie sztorm do przetrwania, ale przypływ, który przesuwa granice bliskości.
To moment, kiedy dziecko, takie jeszcze nasze, ale już bardziej swoje – wyciąga rękę w stronę świata, a nie w stronę nas.
W tym wszystkim rodzic staje się latarnią.
Nie sterem. Nie kapitanem.
Staje się latarnią, która świeci spokojnie, nie narzuca kursu, ale jest bezpiecznym punktem odniesienia. Jest obecnością, która pomaga odnaleźć drogę, choć pozwala dziecku testować własny kompas, szukać, błądzić, wracać.
I znów wychodzić w świat.
Trochę jak wtedy, gdy uczyliśmy dziecko jeździć na rowerze.
Najpierw trzymaliśmy za siodełko, biegliśmy obok, gotowi złapać w każdej chwili.
A potem… nagle dziecko jechało samo.
Nie dlatego, że przestaliśmy wspierać,
ale dlatego, że mogło już jechać własnym tempem.
Tak samo jest w życiu.
Nastaje czas, gdy uczymy się kochać bez sterowania, towarzyszyć bez trzymania,
wierzyć bez kontrolowania.
To nie jest przetrwanie. To jest nowe oddychanie.
A może właśnie na tym polega dojrzałość rodzica? Na cichym, spokojnym „jestem”,
nawet jeśli przez chwilę nie jestem na pierwszym planie.
Podoba Ci się moja twórczość?
ZOSTAŃ PATRONEM
Cześć 🙂